03 mar 2010

W mojej redakcji rozgorzała ostra dyskusja. Między mną a moim sąsiadem zza biurka, Markiem Barańskim. Na temat płacenia abonamentu rtv.

Okazją ku temu były zmiany zasad płacenia abonamentu od marca. Przy okazji, zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego tyle osób nie płaci i nie wspiera mediów publicznych – TVP, Trójki, programu II, Jedynki.

„A ja mam książeczkę i płacę abonament od zawsze. I kablówkę też płacę” – oznajmił pan Marek. Nasz redakcyjny kolega, którego szalenie cenię za światopogląd i podejście do życia, jakoś mnie nie zdziwił tym minihappeningiem.

„Czy wie Pan, na co idą Pańskie ciężko zarobione pieniądze? Czy popiera Pan sposób wydatkowania zdobytych w ten sposób pieniędzy?” – zapytałem. „Przecież media publiczne, w szczególności Telewizja Polska przez lata udowadniają, jak potrafią trwonić te pieniądze. Przykład ostatni. Po kiego grzyba TVP planuje zakup aż 670 par butów? Jak podaje Press, „TVP chce kupić 450 par półbutów męskich (wiązane i mokasyny), 50 par półbutów damskich (wiązane i czółenka) oraz 170 par butów ocieplanych (150 par męskich i 20 damskich). W specyfikacji zamówienia zaznaczono, że wszystkie buty mają być z naturalnej, miękkiej skóry, ich wzory nie mogą odbiegać ”od obuwia powszechnie używanego na co dzień” – i ”nie może to być obuwie ochronne”. Kryterium wyboru dostawcy będą: cena (70 proc.) i estetyka-funkcjonalność (30 proc.).” .

I tak dyskusja rozwinęła się, bo pytałem mojego sąsiada, znającego się świetnie na kulturze przez duże K, czy podoba mu się, że Telewizja wydaje środki z abonamentu na tworzenie takiego chłamu, jak Gwiazdy tańczą na lodzie, a uwielbiany przeze mnie jeszcze jako dziecko czwartkowy Teatr Sensacji odszedł do lamusa. Albo co sądzi o decyzjach zapadających w TVP emitowania znakomitych filmów nie o godz. 20 w niedziele, lecz o 23.30.

Mało kto zdaje sobie także świadomość, że z abonamentu środki idą na horrendalne zarobki gwiazd pokroju Tomasz Lis, Tomasz Kammel, Bronisław Wildstein. Albo znamienitych komentatorów sportowych, jak Szpakowski czy Szaranowicz. Za to nie idą na mecze Ligi Mistrzów, transmitowane tylko w środy, podczas gdy Barcelona i Milan grają również we wtorki.

Telewizja potrafi też oszukać widzów emitując program na żywo z taśmy. Ostatnio przed godz. 22 wyemitowała rozmowę Tomka Lisa z Justyną Kowalczyk opatrzoną pieczątką „Na żywo”, tymczasem za oknem rozmówców świeciło słońce.

Takich grzeszków nazbierałoby się więcej, nie ma się zatem co dziwić, że wpływy z abonamentu spadają. A wystarczy, żeby to nie był, jak obecnie, podatek… dobrowolny. Dopóki w Polsce nie zmienią się przepisy dotyczące płatności za radio i telewizję, wpływy z abonamentu będą spadać. A wystarczy przecież, żeby raz w roku fiskus ściągał podatek podczas składania zeznania podatkowego i sprawa byłaby pozamiatana. Jestem przekonany, że wtedy można by również znacząco obniżyć wysokość abonamentu, ponieważ ściągalność byłaby niemal 100 procentowa.

12 lut 2010

Wracając do poprzedniego tematu, problemu nie dało się rozwiązać zero-jedynkowo. Bardziej skomplikowane rzeczy, jak chociaż rozgryzienie tematu konserwacji klap oddymiających czy wind, wzięliśmy na swoje barki. Proste rzeczy robił nasz administrator.

Niestety, największym mankamentem wielu firm czy instytucji podlegających pod samorząd, czyli mówiąc po staremu, państwowych (choć bardziej tu pasuje sformułowanie „samorządowych”) jest zwyczajne olewactwo szeregowych pracowników. Bo nie sztuką wziąć kogoś za twarz i kazać mu coś zrobić, sztuką jest tak wychować pracownika, żeby ten sam wychodził z inicjatywą, żeby stał się w sumie doradcą dla klienta, w tym przypadku dla naszej wspólnoty. Tak niestety jest w każdym urzędzie. W efekcie okazywało się, że nawet proste rzeczy jakiś tam pracownik naszego administratora potrafi sknocić.

Obecnie zmagamy się z tematem ubezpieczenia wspólnoty. Temat dla nas kompletnie odjechany. Wprawdzie każdy z nas coś tam wie o ubezpieczeniach, ale jak to zebraliśmy do kupy, to wyszło dokładnie to samo. Na razie wiemy, że ubezpieczenie kosztuje ładnych parę tysięcy złotych rocznie, więc warto trochę ponegocjować z firmami ubezpieczeniowymi. Ale na co zwrócić uwagę przy wyborze firmy? Wysokość składki to nie wszystko. Na razie wysłaliśmy zapytanie ofertowe m.in. do takich tuzów jak PZU i Warta. Zobaczymy co nam złożą. O tym, że ubezpieczenie jest ważne nie ma co nas przekonywać. Wystarczy większa awaria wod-kan czy zniszczenie przez wandali elewacji części budynków i już parę tysięcy nie ma. Poza tym w naszych blokach zdarzają się kradzieże, ostatnio chociażby gaśnic…

A może ktoś przechodził przez tą drogę? Jeśli tak, proszę o informację, a z chęcią się z nią zapoznam.

03 lut 2010

Pojawił się jednak inny problem — bardzo istotny. Szukając nowego zarządcy rozmawialiśmy z trzema firmami. W końcu wybraliśmy ZBK. O wyborze zadecydowały niska cena, doświadczenie, kasa na miejscu, większa liczba pracowników.

Sądziliśmy, że to dobry wybór, tym bardziej, że z kilkuset wspólnot my byliśmy największą, z miesięcznym obrotem rzędu 50-60 tysięcy złotych tylko z tytułu wpłat za mieszkanie. Mogliśmy liczyć na jakieś specjalne względy. Szybko jednak okazało się, że wcale nie jest tak różowo. Nowoczesny blok, zresztą wybrany Budową Roku przez Izbę Budowlaną, ma wiele nowatorskich rozwiązań. Jak automatyczne klapy oddymiające, bezrynnowy system odpływowy, specjalną konstrukcję dachu z systemem grzewczym na wypadek zimy, nowoczesny i automatyczny system wentylacyjny, automatyczne czujki zmierzchowe itd. W przypadku nawet drobnych awarii okazywało się, że administrator nie bardzo potrafi sobie z tym problemem poradzić. Bowiem czasy pana Zenka ze spółdzielni „XXX-lecie PRL”, który  przyjeżdżał na budynek z młotkiem wiertarką i skrzynką piwa, dawno minęły. Jak rozwiązaliśmy te problemy?

28 sty 2010

Po paru miesiącach pracy w zarządzie wspólnoty mieszkaniowej mam pewne spostrzeżenia, z którymi zamierzam się tu podzielić. Jako że już bardzo duża rzesza osób żyje we wspólnotach, a popularność stron internetowych temu poświęcona rośnie, zatem i ja postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze do tematu.

Moja Wspólnota jest stosunkowo młoda, bo działa rok. Tworzą ją mieszkańcy dwóch budynków (ok. 130 mieszkań + punkty usługowe i sklep Lidl) wybudowanych przez olsztyński Arbet. W charakterystycznym miejscu, bo na Jarotach przy ul. Wilczyńskiego, obok Centrum HB. Miejsce może nie jest superrewelacyjne, ale rekompensuje to parę innych rzeczy. W przypadku mojej rodziny bardzo istotny był fakt, że jeden z bloków posiada zamknięty plac zabaw z tartanową nawierzchnią (tylko dla mieszkańców) oraz to, że nasze mieszkanie posiada ładny, trawiasty taras o powierzchni około 20 mkw. Początki nie były łatwe, bo lokatorów było mało, a sprzedaż mieszkań Arbetowi szła jak krew z nosa.


Na początku blokami zarządzał Arbet, ale uznaliśmy, że z punktu widzenia mieszkańców korzystniej będzie, jeśli będzie to robił inny administrator. Raz, że dużo taniej, bo Arbet pobierał za zarządzanie aż 1 zł od metra, czyli dwa razy tyle co rynkowa cena; dwa, że budynek jest na gwarancji i uznaliśmy, że determinacja administratora np. w zmuszeniu developera do usunięcia w ramach gwarancji usterek będzie większa, gdy będzie nim inna firma, aniżeli Arbet. Zmuszanie siebie do napraw nie do końca jest fortunne.
Zmiany zarządcy dokonaliśmy na zebraniu wspólnoty, przygotowywaliśmy się do tej operacji kilka tygodni. Wcześniej rozmawialiśmy o tym z mieszkańcami. Strategia opierała się na głosowaniu wg zasady 1 głos= 1 właściciel. Zasada wg udziałów powodowała, że na starcie staliśmy na straconej pozycji, ponieważ Arbet posiadał około 40 procent udziałów, Lidl miał 10 proc. Na szczęście okazało się, ale o tym wiedzieliśmy wcześniej, że nie zgadza się liczba udziałów, to znaczy ona nie wynosiła 100 proc.

Zebranie było emocjonujące, ale udało się. Ktoś z mieszkańców okrasił to słowami: Zamach się udał. Kolejnym krokiem było przekazanie nowemu zarządcy rozliczeń. I tu zaczęły się schody, bo poprzedni zarządca oczywiście nie zamierzał nam ułatwiać pracy. Można powiedzieć, że obraził się na nas jak dziecko. Ale z drugiej strony, nasz krok spowodował, że dochód miesięczny firmy spadł z dnia na dzień o kilkanaście tysięcy złotych.Krok po kroku jednak dochodziliśmy do wszystkiego sami i na dzień dzisiejszy można powiedzieć, że już okrzepliśmy jako zarząd, a stosunki z Arbetem nam się ułożyły. Zmierzyliśmy się za to z nowymi problemami. Jakimi, o tym za parę dni.

11 sty 2010

Dlaczego wszyscy budowlańcy z Olsztyna na śniadanie jedzą to samo? I dlaczego właściciele spożywczaków nie wpadli do tej pory na pomysł, aby przygotować dla nich „zestaw śniadaniowy dla budowlańców?

budowlaniec+

Co kilka dni jadąc rano do pracy zajeżdżam do sklepu osiedlowego na Zielonej Górce, małej dzielnicy Olsztyna z domkami jednorodzinnymi. Jedyny sklep w okolicy, dobrze wyposażony, co ważne, nie jest samoobsługowy. Bardzo często spotykam w kolejce tzw. budowlańców. Tzw. bo to przeważnie ludzie pracującej w pobliżu firmy budowlanej, a jest ich tu sporo. Z różnych branż, co wywnioskowałem z napisów, jakie mają na plecach swoich firmowych uniformów. Nie tylko od murarki, ale też od osprzętu elektrycznego, kanalizacji itd. Najczęściej zajeźdźają jakimś dostawczakiem i wysypują się z niego np. w sześciu. I każdy z tych sześciu ludzi kupuje to samo. Jak bracia bliźniacy. Jaki to zestaw? 3 lub 4 pączki, koniecznie z dżemem, 2 bułki, ale nie wrocławskie, ale jak mówią, ” z przedziałkiem”, kiełbasa albo salceson ozorkowy, a do picia… mleko lub kefirek. Co najciekawsze, ten, co stoi pierwszy w kolejce, czeka jąc na kolegę, który jest ostatni, w międzyczasie pochłonie jeden a nawet i dwa pączki.

Wielokrotnie już byłem świadkiem takich sytuacji na Zielonej Górce. I ostatnio zastanawiałem się, dlaczego jeszcze nikt nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom budowlańców i nie wymyślił produktu pt. „zestaw śniadaniowy na budowę”. Zestaw obejmowałby 3 pączki, 2 bułki z przedziałkiem, kefir lub mleko, do tego 20 dkg salcesonu ozorkowego. Przygotowany byłby na etapie sklepu, kosztowałby nieco taniej niż produkty kupowane z osobna.

Idąc dalej, można by przygotować zestaw na 2. śniadanie – już nieco w innym składzie (też to wiem z autopsji), mianowicie czteropak czarnego specjala – ulubionego piwa budowlańców, do tego ewentualnie literek bolsa; i zestawu obiadowego, literek wódki z kompletem plastikowych kubeczków i słoikiem ogórków.

I jak tu potem się dziwić, że np. ściana odbiega nam od pionu o kilka centymetrów, a podłoga jest ździebko krzywa.

06 sty 2010

Przeczytałem opinię internauty na temat przyjętej właśnie we wtorek nowelizacji ustawy o kredycie konsumenckim. Cytuję „Niezłą ustawę sobie banki wylobbowały. Same twierdzą że będzie drożej, prowizje dowolne, opłata 1% za wcześniejszą spłatę kredytu konsumenckiego (dziś za darmo). Ciągle im mało.”

Trudno się z tym nie zgodzić. Słuchając we wtorek w radiowej Jedynce rozmowy z jakimś ekspertem od finansów rzeczywiście oczy mi się otwierały ze zdumienia, jak rząd mógł przepchnąć taką ustawę. Wprawdzie od czerwca, bo wtedy przepisy wchodzą w życie, kazdy klient otrzyma bardzo szczegółową dokumentację na temat kredytu – ponoć trzy razy dłuższą,  nie będą mogły być w umowie kredytowej żadne kruczki. Np. będzie musiał napisać nie tylko, ile pieniędzy dostanie klient i ile wyniesie miesięczna rata, ale też, ile pieniędzy kredytobiorca będzie musiał bankowi w sumie oddać, ile wyniesie RRSO i ile kosztują dodatkowe ubezpieczenia.Tyle że jakoś nie wierzę w uczciwość banków. Jestem pewien, ze jednak jakoś obejdą te przepisy. Bankowcy już jednak podnieśli larum, że z tego powodu kredyty będą droższe, bo przygotowanie sterty dokumentów jest cholernie drogie.

Z punktu widzenia konsumentów niepokojące są inne rzeczy. Mianowicie zostaje wydłużony czas na rezygnację z kredytu z 10 do 14 dni, ale za to jeśli w tym czasie nie zrezygnujemy z kredytu, to potem będzie to możliwe, ale tylko po spełnieniu warunków stawianych przez bank. Czytaj – po zapłaceniu prowizji w wysokości 1 proc. Dwa – przepisy znoszą limit prowizji – dziś wynosi on 5 proc. wysokości kredytu.

Na zakończenie warto napisać, że z raportu UOKiK wynika, że w Polsce średnia wartość zaciąganego kredytu konsumenckiego wynosi ok. 5-6 tys. zł. Nowe przepisy obejmą kredyty o wartości do 75 000 euro.

29 gru 2009

Radio Zet podało właśnie, że Ostródzkie Przedsiębiorstwo Budowlane ma zapłacić ponad 120 tys. zł kary.  Karę nałożył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK uznał, że firma miała niekorzystne zapisy w umowach z klientami.

Jak donosi Zetka, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wziął pod lupę ostródzką firmę po skargach klientów. W umowach były zapisy, że klienci nie mogą zrezygnować z transakcji lub będą dopłacać jeśli np. zmieni się stawka VAT.
Urząd uznał, że były to praktyki niedozwolone i ukarał Ostródzkie Przedsiębiorstwo Budowlane grzywną – ponad 120 tys. zł.
OPB nie zgadza się z taką oceną. W rozmowie z dziennikarzem radia prezes firmy wyjaśnia, że umowy zostały poprawione, a osoba za nie odpowiedzialna została zwolniona. I zapowiada odwołanie.

Trzeba przyznać, że dla takiej firmy  120 tys. zł to bardzo drobna suma. Bardziej pogrożenie palcem niż  kara. Ale z drugiej strony to sygnał dla konsumentów, że w starciu z takim gigantem nie stoimy na straconej pozycji.

23 gru 2009

Dziś kończy się ostatnie posiedzenie Rady w dotychczasowym składzie. Następna Rada prawdopodobnie przejdzie do historii. Prawdopodobnie, bo jeśli wejdziemy, a myślę, że to nastąpi do 2015 roku do strefy euro, to RPP przestanie istnieć.

O Radzie Polityki Pieniężnej większość Polaków po raz pierwszy usłyszała, gdy bodajże Andrzej Lepper  z trybuny sejmowej atakował Leszka Balcerowicza, ówczesnego szefa RPP, o to, aby ten oddał rezerwy walutowe NBP. Nikt na poważnie na szczęście nie wziął tego pod uwagę i dzięki temu polska gospodarka ma się nie najgorzej. Drugi raz usłyszeli w ubiegłym roku, gdy po finansowych oceanach zaczął szaleć sztorm. Wszystkie banki centralne obniżały stopy procentowe, a RPP się przyglądała. Z perspektywy czasu wydaje się, że reakcja była właściwa. Na zakończenie posiedzenia RPP nie zapadnie żadna decyzja z tego względu, żeby nie komplikować życia przyszłej radzie. Koniec jej jest moim zdaniem całkiem niezły, inflacja niska – na poziomie 3,5 proc. Minusem jest jednak chyba zbyt wolne reagowanie na to, co się dzieje na rynku. A jeśli już takie reakcje następowały, to nie były takie, jak tego oczekiwano.

Wesołych Swiąt

17 gru 2009

Wpadł mi w ręce raport Najwyższej Izby Kontroli o wysokości wynagrodzeń w urzędach wojewódzkich. Nasi urzędnicy nie mają się czego wstydzić, są w ścisłej czołówce krajowej, choć sama wysokość zarobków nie rzuca na kolana.

Raport nie obejmuje niestety ani tego ani ubiegłego roku, niemniej jednak można podejrzewać, że ten obraz wiele się nie zmienił. Pracownicy NIK wzięli pod lupę poziom płac w poszczególnych urzędach i co się okazało? Warmińsko-Mazurski Urząd Wojewódzki plasuje się w ścisłej czołówce wysokości płac. Choć przyznajmy, średni poziom płac wcale nie rzuca na kolana — w 2006 r. to było 2877 zł brutto, a rok później 3112 zł. Więcej płacono tylko w Lubelskim (3184 zł)i Śląskim (aż 3521 zł). A na przykład w Mazowieckim zaledwie 2924 zł.
To jednak średnie pensje, które dają jakiś tam obraz, ale jednak zniekształcony. Dopiero gdy zejdziemy na pułap poszczególnych stanowisk, łatwiej można się równać z innymi. Wszak zakres obowiązków wszędzie jest podobny, a stanowiska w każdym urzędzie są identyczne. I tak inspektorzy, czyli ten chyba najpopularniejszy gatunek urzędnika, w Olsztynie zarabiał średnio 2490 zł. Mało? Mało. Ale np. w Łódzkim to było jeszcze mniej, bo tylko 1882 zł. Niewiele więcej zarabiał inspektor wojewódzki (2788 zł), ale już starszy inspektor wojewódzki mógł liczyć na poważniejszy zastrzyk finansowy — 3684 zł. Cały czas mowa tu o pensjach zasadniczych, a wiadomo jak to w urzędach, zdarzają się premie, bony na święta, delegacje, szkolenia. Czasami to daje miesięcznie i ponad 1000 zł więcej. Porządne pieniądze zaczynają się od stanowisk kierowniczych. Tu średnie pensje u nas wynoszą 4457 zł, ale już dyrektor wydziału zarabia 8698 zł. Niewiele mniej niż wojewoda (11191 zł).
W sumie w podsumowaniu NIK wskazała, że w 2007 r. pracownik urzędu wojewódzkiego, będący członkiem służby cywilnej, zarabiał przeciętnie 2978 zł brutto. Było to o 287 zł więcej niż w gospodarce narodowej i o 413 zł więcej niż w sektorze prywatnym, ale o 795 zł mniej niż w urzędach marszałkowskich.
Nieodpowiedni, zdaniem NIK, jest system awansowania i nagradzania pracowników. Ustawa o służbie cywilnej wymaga, aby nagradzać za szczególne osiągnięcia w pracy. W praktyce nagrody stały się sposobem na podwyżkę wynagrodzenia. Ale to chyba nikogo nie dziwi…

Wojewoda Marian Podziewski w 2007 r. zarabiał 11191 zł

Wojewoda Marian Podziewski w 2007 r. zarabiał 11191 zł brutto. Wg NIK.

10 gru 2009

Minister Radek Sikorski, o przepraszam, Radosław, gdyby wystartował w wyborach prezydenckich, w cuglach wygrałby z Donaldem Tuskiem. Jego popularność można porównać do popularności za najlepszych lat Aleksandra Kwaśniewskiego.

Sam chętnie oddałbym na niego głos, bo Sikorski nie dość, że elokwentny, znający języki, potrafiący brylować na salonach, to jednak wydaje się swój chłop. Potrafi pogadać i ze zwykłym szeregowym w wojsku i z ministrem obrony narodowej z Rosji. Teraz poznaliśmy Radka, o przepraszam, Radosława, jeszcze z innej strony. Rzeczpospolita ujawniła nieco śmieszną historię – mianowicie szef resortu zagranicy zdecydował, że nowym giftem dla gości polskich ambasad będzie wódka Potocki. Wódka jak wódka – od lat to żelazny element podarunku dla znamienitych gości. Tyle że do tej pory królowały Żubrówka, Belweder, Polonez. Ale podniósł się raban ze strony ambasadorów. Bo okazuje się, że wódki Potocki nigdzie nie można kupić, a jak już jest, to cholernie droga. Bo kto to myślał, żeby za flaszkę białego złota płacić ponad 140 zł? To już lepiej kupić jakiegoś chivasa czy jakiś dobry koniak. A w prezencie dać łącką śliwowicę.

Najciekawsze jest to, że gdy dziennikarze Rzepy zaczęli dociekać, kto się kryje za Potockim, to okazało się, że to jakaś najpilniej strzeżona tajemnica. Ostatecznie nie udało im się dotrzeć do producenta, za to odezwał się do nich gość jawiący się jako człek odpowiedzialny za markę Potocki w Polsce. Wyjaśnił, że wódka Potocki to produkt niszowy, produkowany w niewielkich ilościach, rozprowadzany tylko w luksusowych sklepach. W Polsce do dostania w zaledwie kilku, bardziej popularny w Londynie. A w ogóle to właściciel gorzelni to też Potocki.

559_0

Z ciekawości pogrzebałem o tej wódce w sieci i oto co znalazłem na jednej ze stron.

„Potocki Wódka to wódka żytnia, produkowana przez potomków słynnego szlacheckiego rodu Potockich.

Choć wytwarza się ją w Polsce, wódka ta jest lepiej znana w krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, gdzie zaliczana jest do wódek luksusowych. Ród Potockich posiadał w Łańcucie własną gorzelnię i w XIX wieku produkowany tam alkohol znany był z wysokiej jakości. Teraz Jan-Roman Potocki wskrzesił tę tradycję.

Potocki Wódka wyrabiana jest z żyta przez dwukrotną destylację. Dzięki temu zachowuje lekki aromat, trochę przypominający żubrówkę, a w smaku jest niezwykle delikatna.

Cena: 139 zł

W Polsce Potocki Wódka dostępna jest w Warszawie w dwóch sklepach firmy Blikle oraz w sklepie Vinoteka 13 na Rynku Głównym w Krakowie oraz w sklepach La Vinotheque Salon des Vins na Placu Grzybowskim 10 w Warszawie i w Centrum Handlowym Skorosze w al. Jerozolimskiich 244 w Warszawie. Można ją także zamówić w internetowym sklepie Caviste.”

Coś mi się jednak wydaje, że po tym artykule, Potocki przestanie być niszową wódka i na te święta stanie się jednym z bardziej pożądanych prezentów dla prawdziwych biznesmenów. Jak widać, Sikorski zna nie tylko  języki, ale zna się również na wódkach. Czyż to samo można powiedzieć o Lechu K.?

BLOG TOMASZA BOENKE. Kasa Misiu Kasa. Janusz Wójcik w krótkich trzech słowach zamieścił całą prawdę o dzisiejszym świecie. O tym, że światem rządzi pieniądz. Tam, gdzie jest kasa, tam pojawia się też korupcja, chciwość, złodziejstwo. Warto to piętnować.

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.